"Amnezja Detektywa" część 1

Miejsce na naszą twórczość wszelaką... i komentarze do niej ;)
Awatar użytkownika
Resmi Helfire
Posty: 115
Rejestracja: 17.11.2014, 22:14

"Amnezja Detektywa" część 1

Postautor: Resmi Helfire » 02.12.2018, 18:23

Fick spoza uniwersum SW, tak gdyby ktoś chciał :) .



„Amnezja Detektywa”

Detektyw Bruce siedział przy biurku w swoim gabinecie, wpatrzony tępym wzrokiem w szklankę whisky stojącą przed nim. Skronie znów zaczęły boleśnie pulsować, przypominając mu o wypadku sprzed tygodnia. Usiłował przypomnieć sobie cokolwiek. Jakiekolwiek wydarzenie mające miejsce wcześniej. Jednak nie przyniosło mu to nic poza jeszcze większym bólem głowy.
Przeklinając w duchu, prawą dłonią sięgnął do małej szuflady po prawej stronie biurka i otworzył ją. Ze środka wyciągnął paczkę tabletek przeciwbólowych, po czym dwie z nich wybił sobie na otwartą, lewą dłoń. Jednym płynnym ruchem wrzucił kapsułki do ust i połknął, popijając pozostałą w szklance zawartością płynu. Naczynie z trzaskiem odstawił na biurko, a tabletki wrzucił do wnętrza szuflady by zaraz po tym zamknąć ją z powrotem. Wiedział doskonale, że łączenie alkoholu z jakimikolwiek lekami może mieć bardzo zły wpływ na organizm, ale w obecnej sytuacji nie robiło mu to zbytniej różnicy.
Zaledwie dwa dni temu opuścił szpital w towarzystwie bardzo irytującej go amnezji pourazowej. Ostatnie co pamiętał, to bardzo głośny huk wpadających na siebie samochodów i krzyki przerażenia słyszane jak przez mgłę, gdzieś daleko. Po tym Jego umysł oddalił się daleko, w błogi, upojny sen i obudził się dopiero w szpitalu, kilka dni później, podłączony do jakiejś aparatury.
Sięgał właśnie w dół po butelkę, by napełnić znów szklankę, kiedy ktoś zapukał do Jego drzwi. W pośpiechu ukrył butelkę z alkoholem za stosem papierów i otworzył jedną z licznych kartotek z tego samego stosu. Wziął ją w dłonie i opadł na oparcie fotela. Skrzyżował nogi na biurku i udał, że jest pochłonięty lekturą.
- Proszę! - zawołał w kierunku drzwi.
Te otworzyły się lekko skrzypiąc i w szparze pojawiła się głowa młodego mężczyzny.
- Detektywie - odezwał się, kiwając lekko głową na powitanie - Szef wrócił i prosi Cię do siebie.
Bruce westchnął cicho, zatrzasnął kartotekę i zdjął nogi z biurka.
- Dzięki za wiadomość - zwrócił się do gościa - Zaraz się u niego zjawię.
Mężczyzna skinął tylko głową i już miał wyjść, ale zatrzymał się jeszcze, chcąc coś dodać.
- A, i… ma niezbyt dobry humor - ostrzegł.
- Czyli jak zawsze… - mruknął Bruce na tyle cicho, by tamten go nie usłyszał.
- Detektywie?...
- Nie, nic… - detektyw machnął dłonią, zbywając go.
Młody gość przewrócił oczami, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Ociągając się, Bruce wstał powoli z fotela i ruszył w kierunku wyjścia.
Kiedy opuścił gabinet, zamykając go za sobą, od razu dotarł do niego gwar przetaczających się korytarzem ludzi. Głosy irytowały go jeszcze bardziej niż zwykle, ze względu na dominujący nadal ból głowy i liczne już procenty alkoholu zawarte we krwi.
Straciwszy resztki dobrego humoru - o ile Jego wcześniejszy stan można było tak nazwać - skierował się na lewo, ku gabinetowi szefa.
Idąc wolnym, leniwym krokiem, minął po drodze kilkoro dobrze mu już znanych ludzi. W ich spojrzeniach i twarzach widział wyraźnie odmalowane współczucie i troskę. Sam już nie wiedział, czy wywołane były one Jego niedawnymi przeżyciami, czy faktem, że od tamtego czasu z wesołego, wiecznie uśmiechniętego człowieka, zmienił się praktycznie nie do poznania. Był teraz prawie że wrakiem samego siebie. Widział to w ich oczach, a na dodatek, musiał przyznać sam przed sobą, że niestety mają rację. Bardzo się przez tych kilka dni zmienił. Nie wiedział tylko, czy to przez wypadek, amnezję, czy po prostu ostatni nadmiar alkoholu.
Kiedy zorientował się, że stoi od dłużej chwili przed drzwiami gabinetu, do którego zmierzał i bezsensownie gapi się w nie, otrząsnął się z zamyślenia i zapukał w nie zgiętym palcem.
Odczekał chwilę na pozwolenie, po czym, usłyszawszy je w końcu, otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Usiądź. - polecił siwowłosy, starszy mężczyzna, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
Bruce, mrucząc coś pod nosem, poczłapał nieco chwiejnie do krzesła, które gestem dłoni wskazał mu mężczyzna. Usiadł niezgrabnie i zarzucił jedną nogę na drugą. Dłonie spiął razem i oparł na kolanie. Wpatrywał się w mężczyznę naprzeciwko, jednak ten przez dłuższą jeszcze chwilę siedział, studiując jakieś papiery.
Zirytowany, odchrząknął głośno, wyrażając tym samym swoje zniecierpliwienie. Tamten jednak spojrzał tylko na niego, unosząc pytająco jedną z brwi.
- Wzywałeś mnie - podpowiedział detektyw.
- Owszem. - odpowiedział mu mężczyzna, patrząc z powrotem w papiery.
- Więc?... - ponaglił Bruce.
Starszy mężczyzna nie odpowiedział, tylko uniósł w górę palec wskazujący, dając mu tym samym do zrozumienia, żeby poczekał.
Bruce westchnął głośno, unosząc oczy ku górze.
Patrzył z coraz większym zniecierpliwieniem, jak Jego szef na przemian czytał coś w papierach i zapisywał krótkie notatki na papierze, leżącym obok. Po chwili zaczął palcami wystukiwać na kolanie rytm, który najwyraźniej wybił mężczyznę z transu pracy, bo ten westchnął ciężko i odłożył papiery na bok. Spojrzał na Bruce’a twardo, lecz ten patrzył na niego z pozoru niewinnym wzrokiem.
- Więc? - powtórzył detektyw, zadowolony, że drugi mężczyzna odłożył w końcu papiery i skupił na nim uwagę.
- Bruce... - zaczął - Wiem, że przechodzisz ostatnio przez trudny okres, ale to jeszcze nie powód, by tak się zachowywać i to jeszcze w godzinach pracy, na komendzie. - zganił podwładnego.
Detektyw prychnął lekceważąco.
- I do tego pić - dodał cierpliwie, a widząc, że Bruce znów tylko przewraca oczami, rozłożył ręce na boki w geście, który wskazywał na to, że nie wie już, jak dotrzeć do podwładnego. - Mam dla Ciebie zadanie, byś czymś się zajął, zamiast siedzieć w biurze i się zapijać.
- Co za zadanie?
- Mamy do rozwiązania, niewyjaśnioną jeszcze sprawę morderstwa sprzed tygodnia. - wyjaśnił - Zajmiesz się tym.
- Przecież lekarz odradzał mi czynnych działań, aż pamięć nie wróci - przypomniał szefowi - Mam siedzieć na komendzie i biernie działać stąd.
- I tak właśnie będzie. Będziesz nadzorował pracę zespołu.
- O nie! - powiedział, podniesionym głosem, siadając prosto. - Żadnego zespołu. Ja działam sam. Zawsze.
- Nie tym razem, Bruce. - powiedział, niezrażony tonem mężczyzny. - Dostaniesz do nadzoru dwójkę ludzi, którzy zajmą się sprawami poza komendą, a sam będziesz - według zaleceń lekarza - biernie uczestniczył w dochodzeniu.
- Cudownie!... Mam więc przez - czort wie ile czasu - siedzieć w gabinecie nadzorując pracę jakichś ludzi, zamiast sam działać w terenie… Przecież praca w terenie to moja specjalność!
- Owszem, ale tym razem zrobimy wyjątek. No i tak na pocieszenie - nie będziesz siedział tam “czort wie ile czasu” - zacytował go - Macie czas tylko do końca dnia, na znalezienie sprawcy. Później skończy nam się czas, sprawa zostanie zamknięta przez prokuraturę, a my oberwiemy.
- I wielce wspaniałomyślnie mówisz mi o tym dopiero dziś…
- Dopiero dziś się dowiedziałem. Wracam właśnie z konferencji. Miał się tym zająć inny oddział, ale w ostatniej chwili przerzucili to na nas.
- Jak miło…
- Bruce, sprawa jest poważna - zganił go.
- Domyślam się.
Obaj przez dłuższą chwilę patrzyli po sobie w całkowitej ciszy.
- Kogo mam nadzorować? - spytał w końcu zrezygnowany już detektyw.
- Dwójkę ludzi, których znasz - uśmiechnął się tamten i wcisnął na telefonie stacjonarnym jakiś przycisk, po czym przemówił do głośnika: - Przyślij ich.
Po krótkiej chwili, bocznymi drzwiami, do gabinetu weszła dwójka ludzi - mężczyzna i kobieta. Była to w istocie była partnerka zawodowa Bruce’a i Jego brat.
Niecałe pół godziny później, otrzymawszy wszystkie instrukcje, detektyw ruszył z powrotem do swojego gabinetu, mrucząc po drodze kakofonię przekleństw.
Swoich nowych podwładnych wysłał już w teren, by zajęli się sprawdzaniem zawartości kamer w pobliżu całego zdarzenia. Miał więc sporo czasu na przestudiowanie papierów, które dostał od przełożonego.
Gdy dotarł już do swojego gabinetu i z głośnym hukiem zatrzasnął za sobą drzwi, ruszył prosto ku fotelowi, na który opadł ciężko, rzuciwszy przed tym plik papierów na biurko. Niemal automatycznie sięgnął w dół po butelkę whisky i nalał płynu do szklanki, by po chwili wypić połowę z Jej zawartości i dolać znów do pełna. W końcu odstawił butelkę na miejsce a szklankę z powrotem na biurko i sięgnął do papierów. Ponownie usiadł w wygodnej pozycji, z nogami zarzuconymi na biurko i zaczął czytać papiery.
Z informacji zamieszczonych w aktach jasno wynikało, że ofiarą był pięćdziesięcioletni mężczyzna. Został on śmiertelnie pobity tuż przy barze, w którym pracownicy komendy zawsze spędzali przerwy obiadowe oraz często przebywali również po godzinach pracy. Ciało ofiary zostało znalezione jednak dopiero kilka godzin później przez przypadkowego przechodnia, który od razu zawiadomił odpowiednie służby.
Z akt wynikało również, że sekcję zwłok przeprowadził patolog, który jednocześnie był technikiem policyjnym. Nie znalazł jednak żadnych śladów, które jednoznacznie wskazywałyby mordercę. Podejrzanych było więc kilku i wszystkich należało przesłuchać.
Westchnąwszy, zamknął teczkę i przez stacjonarny telefon umieszczony na biurku połączył się z dyżurnym aresztu śledczego, w którym aktualnie przebywała trójka podejrzanych.
- Wszyscy trzej podejrzani o morderstwo przy barze “Spokojny spoczynek” maja w ciągu dziesięciu minut znaleźć się w pokojach przesłuchań. Oczywiście osobnych. - powiedział do słuchawki i odczekał chwilę na potwierdzenie, po czym, otrzymawszy je, odłożył słuchawkę, przerywając połączenie.
“‘Spokojny spoczynek’ - pomyślał Bruce - Cóż za ironia…”.
Największą jednak ironią był fakt, że bar ten był również dla Bruce’a ulubionym miejscem odpoczynku po pracy.
Detektyw zmierzał właśnie do pierwszego z podejrzanych w celu przesłuchania go, kiedy z jego kieszeni dobiegł go dźwięk jego komórki. Wyciągnął ją więc i spojrzał na ekran, by ujrzeć połączenie przychodzące od brata, który w tej chwili sprawdzał kamery umieszczone w barze.
- Mów - odezwał się do telefonu, tuż po odebraniu połączenia.
- Nie mam dla Ciebie dobrych wieści, Bruce. - powiedział z wyraźnie słyszalnym smutkiem w głosie.
- Niech zgadnę… na nagraniu nie widać sprawcy?
- Oh nie, widać go całkiem dobrze.
- Więc w czym problem? Zgarniamy, zamykamy i po sprawie. Kto to?
- Przykro mi, Bruce, ale nie możesz dalej prowadzić sprawy - usłyszał w odpowiedzi - Musisz ją oddać.
- Co ty znów chrzanisz? - zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem.
- Pojawiły się nowe dowody, z których jasno wynika, że jesteś powiązany z tym, którego szukamy. A jak dobrze wiesz, w takiej sytuacji musisz oddać dowództwo nad sprawą osobie postronnej.
- Ha! Wolne żarty! - wykrzyknął zbulwersowany, czym ściągnął na siebie uwagę ludzi, przechodzących właśnie korytarzem - Nazwisko, ale już!
- Przykro mi, Bruce - powtórzył znów - Nie ma mowy. Powtarzam: zostajesz odsunięty od sprawy i radzę zrobić to po dobroci, bo tak czy inaczej czekają Cię niemałe kłopoty.
- Po pierwsze - wysyczał - Nie masz żadnego prawa odsuwać mnie od sprawy! To ja tu dowodzę! A po drugie, jeśli w tej sekundzie nie powiesz mi, kto jest na nagraniu, to Ty będziesz miał kłopoty i to spore!
Nastąpiła długa, napięta chwila ciszy, po czym Bruce usłyszał w głośniku długie, zrezygnowane westchnienie brata.
- Pamiętaj, że sam się o to prosiłeś - uprzedził go - Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, kogo widzimy na nagraniu, to proszę bardzo. - zawiesił się na chwilę, znów wzdychając ciężko.
- No mów że! Kto jest na nagraniu?!
- Niestety, właśnie ty.

Serce Bruce’a zabiło szybciej. Z wrażenia omal nie upuścił telefonu na ziemię. Jednak po chwili pierwszy szok minął, zastąpiony gniewem.
- Co za bzdura! - ryknął do słuchawki. - Pytam ostatni raz! Kto jest na nagraniu?
Znów dało się słyszeć smutne westchnienie mężczyzny, który najwyraźniej spodziewał się takiej właśnie reakcji brata.
- Przykro mi, Bruce. - powtórzył smutno - Ale sam domagałeś się odpowiedzi.
- Owszem, prawdziwej!
- I taką też otrzymałeś. - pozostawał przy swoim.
- Skoro nie potraficie nawet ustalić tożsamości jednej osoby na głupim nagraniu, to skopiujcie je i dostarczcie do mnie, natychmiast! - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Ale, Bruce, przecież mówię…
- Natychmiast, powiedziałem! - wykrzyknął jeszcze raz, po czym rozłączył się i schował telefon z powrotem do kieszeni spodni.
Kiedy podniósł wzrok, dostrzegł, że wokół niego zebrało się kilka gapiów, patrząc w Jego kierunku i szepcząc do siebie nawzajem.
- Nie macie nic do roboty?! - wykrzyknął do tłumu.
Zakłopotani ludzie zaczęli rozchodzić się szybko, chcąc zejść wzburzonemu detektywowi z pola widzenia, wpadając przy tym jeden na drugiego.
Nie zważając na nic ruszył w kierunku drzwi, za którymi powinien znajdować się już pierwszy z wezwanych podejrzanych.
Z impetem wpadł do pokoju, trzaskając przy tym drzwiami, które na skutek pędu aż odbiły się od ściany obok.
Bruce podszedł szybko do stołu i rzucił na niego teczką, z której wysunęły się natychmiast liczne zdjęcia ofiary śmiertelnego pobicia, rozjeżdżając się po niemal całym stoliku. Po rozpięciu jedynego zapiętego guzika marynarki, Bruce położył dłonie na stole i oparł się na nich, patrząc z góry na mężczyznę naprzeciwko.
- Gadaj. - wysyczał tylko.
Przykuty do krzesła mężczyzna wiedział już, że detektyw nie jest w nastroju na żarty. Nie wiedząc co w takiej sytuacji powiedzieć, postanowił milczeć. To jednak najwyraźniej nie spodobało się Bruce’owi.
- No już. Gadaj!
- To nie ja. - odpowiedział mu tamten, niewinnym głosem.
- Więc kto?!
- Ja… - wydukał wyraźnie wystraszony mężczyzna - Ja... nie wiem. Nie mam pojęcia.
- Więc co tam robiłeś?
- To, co wszyscy - piłem.
- Więc mówisz, że w chwili, kiedy widzisz, że ktoś jest tak maltretowany - wskazał gestem na zdjęcia na stole - Ty sobie spokojnie pijesz?
- Nie, nie - odpowiedział szybko.
- Nie?
- No bo… Byłem tam wtedy tylko przez chwilę - tłumaczył - Wypiłem zaledwie dwa piwa, później wyszedłem. W momencie morderstwa już mnie tam nie było.
- Więc co twoje odciski palców robią na ciele zabitego człowieka? Hm?
- Skąd mam wiedzieć?!
- O, już Ci mówię skąd - zaczął, nachylając się nad nim jeszcze bardziej - Byłeś w tym barze, upiłeś się, a później pobiłeś tego mężczyznę tak bardzo, że na skutek tego on zginął.
- Powtarzam: to nie ja! Mnie tam już nie było!
- Więc gdzie byłeś?
- Zapewne już w domu… O której został zamordowany?
- Około godziny dziewiątej dwadzieścia, wieczorem. Bo co?
- Więc byłem już w domu! - wykrzyknął uradowany.
- A czy ktoś może to potwierdzić? - zapytał podejrzliwie.
- Oczywiście! Moja żona i córka.
- O której wróciłeś do domu?
- Kilka minut po dziewiątej byłem już na miejscu. Żona zrobiła mi awanturę, bo znów się spóźniłem - przyznał niechętnie.
Bruce przyglądał mu się przez chwilę bacznie.
- Więc skąd twoje odciski na ciele tego mężczyzny? - powtórzył pytanie.
- Już mówiłem, że nie wiem. Nie znam gościa. - powiedział, patrząc w twarz detektywowi.
- Skoro tak… zobaczymy, czy Twoja żona potwierdzi to wszystko - zawyrokował - A tymczasem… zaprowadzić go z powrotem do aresztu - zwrócił się do strażnika przy drzwiach.
Ten, na wyraźny rozkaz podszedł do zatrzymanego mężczyzny i odpiął mu kajdanki, po czym kazał wstać i po ponownym założeniu ich, wyprowadził go z sali.
W tym czasie Bruce pozbierał rozrzucone zdjęcia i wsadził je z powrotem do teczki, po czym również opuścił pomieszczenie.
Idąc korytarzem do kolejnego pokoju przesłuchań, zapiał z powrotem pojedynczy guzik, by móc po raz drugi odegrać tą samą scenkę.
Po latach pracy na tym stanowisku, wiedział doskonale, że podejrzany nie zacznie nawet gadać, jeśli nie da mu się ku temu stosownego powodu. A cóż mogło biedaka nakłonić do rozmowy lepiej, niż strach przed wystarczająco już rozeźlonym detektywem? Zasada była prosta - jeśli osoba przesłuchująca jest spokojna, to podejrzany będzie milczał jak zaklęty. Jednak jeśli już na wstępie podejrzany zobaczy, że detektyw nie jest w nastroju do spokojnej pogawędki, zacznie gadać szybciej, by szybciej opuścić pomieszczenie. A na całe szczęście, akurat dziś, detektyw nie musiał wyłącznie udawać obudzenia. Był wystarczająco wzburzony.
Wszedł więc gwałtownie do drugiego z pokoi, również i tym razem trzaskając przy tym drzwiami. Znów podszedł energicznie do stołu i rzucił teczką, z której i tym razem wysypały się zdjęcia. Tym razem reakcja podejrzanego była nieco inna niż jego poprzednika. Ten, w przeciwieństwie do tamtego, rzucił okiem na wysypane zdjęcia i widząc pobitego człowieka, skrzywił się z niesmakiem.
Detektyw - jak poprzednio - rozpiął zapięty guzik i oparłszy się dłońmi o stół, spojrzał twardo na mężczyznę przykutego do krzesła.
- Gadaj. - nakazał piorunując go spojrzeniem.
- Nic nie wiem. To nie ja. - powiedział tylko.
- Nie? Więc skąd do cholery Twoje odciski na jego ciele?!
- Chociażby stąd, że piliśmy razem tamtego wieczoru… - podsunął detektywowi.
- A więc znasz go?
- Owszem. - odpowiedział - Znam go od wielu lat. Chodziliśmy razem do szkoły. - wyjaśniał - Często razem pijemy… - powiedział, po czym spojrzawszy znów na zdjęcia, poprawił się: - Piliśmy.
- Tylko we dwójkę? - dopytywał Bruce.
- Czasami. - przyznał - Ale nie tamtego wieczoru.
- Kto był z Wami?
- Było ich jeszcze kilkoro. - mówił - Ale nie wszystkich znałem. Kilkoro owszem, to też starzy kumple, ale reszta, to jacyś faceci, którzy się do nas przyczepili, już nieco wstawieni.
- A czy on ich znał?
- Możliwe… chociaż wątpię.
- Bo?...
- Sam nie wiem… nie wyglądało na to, żeby ich znał.
- Mów dalej… - nakazał detektyw, wyraźnie zainteresowany.
- No, tego… niby piliśmy wszyscy razem, ale nie wydaje mi się, żeby ich znał. Zwłaszcza sądząc po tym, że jeden z tych gości nas sobie przedstawił. To znaczy, naszej dwójce przedstawił siebie i swoich kumpli. - dodał.
- Czy któryś z nich zachowywał się szczególnie dziwnie?
- “Szczególnie dziwnie”? Detektywie, wszyscy byliśmy już wtedy pod wpływem procentów. Każdy zachowywał się dziwnie.
- Więc może inaczej… - zastanowił się chwilę - Czy któryś z nich przykuł jakoś szczególnie Twoją uwagę?  
Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, po czym odezwał się niepewnie.
- Owszem… Ale nie żaden z naszych - przyznał.
- Więc kto? - zapytał z naciskiem, pewny, że jest już bardzo blisko rozwiązania całej sprawy. To co usłyszał w odpowiedzi nie spodobało mu się jednak.
- Był tam jakiś facet, niedaleko nas. - zaczął wyjaśniać - Niby siedział z boku i tylko pił, ale widziałem wyraźnie, że się nami zainteresował. Wyglądał mi trochę na glinę.
- Na glinę?
- No… na…
- Wiem, o co chodzi - powiedział, unosząc w górę prawą dłoń - Pytam, skąd takie założenie.
- Cóż… siedział jakoś tak z boku, niby spokojnie, ale ludzie go omijali, najwyraźniej też wyczuwali w nim… - zawiesił się na moment, szukając bardziej odpowiedniego określenia, niż to poprzednie - stróża prawa. - powiedział w końcu.
- Dalej nie bardzo rozumiem skąd to założenie - przyznał cierpliwie Bruce.
- Detektywie… gdyby siedział pan w barze i to w piątkowy wieczór, gdzie wszyscy piją i świętują i widział pan, że jeden z gości wyraźnie odstaje od reszty, siedząc cicho z boku i przysłuchując się, co by pan o nim pomyślał?
- Że coś węszy - przyznał szczerze Bruce.
- Właśnie - uśmiechnął się mężczyzna.
- Mówisz, że świętowaliście… z jakiej to okazji?
- A czy to ważne? - zapytał, nieco speszony.
- Być może. Więc?...
- Kumpel, ten zabity - dla ścisłości wskazał jeszcze gestem głowy zdjęcia martwego - Tego samego dnia rano wrócił z… Zakładu Karnego - powiedział, uważając by nie użyć ulicznego slangu i nie wypowiedzieć określenia “pierdla”.
- Ah tak… - zamyślił się Bruce - Więc jest to istotne.
- A to czemu? - zapytał zaciekawiony.
- Bo być może szukamy osoby, której fakt, że wyszedł na wolność się nie spodobał.
- Oh… więc pewnie chce detektyw wiedzieć jeszcze za co siedział?
- W istocie. To również może okazać się ważne - przyznał. - Więc za co siedział?
- Za zamordowanie żony policjanta. - przyznał śmiało a Brucowi zrzedła mina.
- Jesteś tego pewny? Na sto procent?
- Tak.
Bruce skinął głową ze zrozumieniem. Zaczynało do niego docierać, że sytuacja przedstawia się dla niego coraz gorzej. Najpierw telefon od brata, a teraz to. W rzeczy samej, Jego żona również, wiele lat temu została zabita przez ulicznego chuligana, jednak nie świadczyło to od razu o tym, że w tym konkretnym przypadku chodziło właśnie o nią. I o niego. Jednak czy nie był to zbyt duży zbieg okoliczności?
- Jeszcze jedno pytanie: gdzie byłeś i co robiłeś tamtego dnia w godzinach między dziewiątą a dziewiątą trzydzieści, wieczorem? - zapytał.
- Byłem w motelu, ze znajomą…
Bruce spojrzał na Niego, unosząc jedną z brwi.
- No… byliśmy… zajęci...
- Dobra, dobra - Bruce uniósł dłoń, uciszając go ponownie. - Wystarczy. Szczegóły zachowaj dla siebie.
Mężczyzna, wyraźnie zadowolony, że nie musi robić sprawozdania z całego wieczoru, odetchnął cicho.
- Czy coś jeszcze, detektywie? - zapytał.
- Owszem. - spojrzał na niego - Czy Twoja znajoma - powiedział, wymawiając słowo “znajoma” z wyraźnym naciskiem, chcąc w ten sposób jedynie podrażnić podejrzanego. W końcu rozstrzyganie stopnia znajomości tych dwojga nie należy do jego obowiązków. - Jest jeszcze w mieście?
- Oczywiście. - odparł, nieco oburzony niewypowiedzianą głośno sugestią.
- To dobrze, bo będę chciał ją przesłuchać, w celu potwierdzenia zeznań. - uprzedził - Dziękuję za współpracę i bardzo cenne… i szczegółowe… informacje.
- Znaczy, że mnie wypuścicie? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Kiedy tylko potwierdzimy Twoje zeznania - przytaknął Bruce.
- Żona się wścieknie - mruknął cicho mężczyzna.
Bruce spojrzał na niego spode łba.
- Chciałbyś coś dodać?
- Nie, nie - pospieszył z odpowiedzią, wyraźnie speszony.
- A więc to wszystko. - powiedział detektyw, zbierając zdjęcia z powrotem do teczki - Teraz strażnik odprowadzi Cię z powrotem do aresztu - powiedział, kiwając głową do policjanta, stojącego u boku drzwi.
Tym razem, nie czekając aż podejrzany opuści pomieszczenie, sam skierował się do wyjścia, znów w biegu zapinając guzik. Czekało go jeszcze jedno przedstawienie.
Wchodząc do ostatniego już pomieszczenia na końcu korytarza, znów odegrał ten sam teatrzyk: trzask drzwiami, szybkie podejście do stołu, teczka ze zdjęciami.
Tym razem jednak nie zdążył odpiąć nawet guzika, zauważając reakcje podejrzanego na rozsypane zdjęcia.
Mężczyzna, ledwie zobaczywszy je, uśmiechnął się do nich krzywo, z wyraźną pogardą.
- Słucham - odezwał się detektyw - Co wiesz?
- Ja? Oj, wiem bardzo dużo! - wykrzyknął.
- To znaczy?
- Byłem tam - przyznał - Widziałem całą akcję.
- Co się tam stało? - dopytywał Bruce z nową nadzieją w sercu, siadając jednocześnie na krześle, stojącym zaraz obok niego.
- A co będę z tego miał?
- Zapewniam Cię, że jak nie wyśpiewasz wszystkiego co wiesz, to osobiście postaram się o to, byś poszedł siedzieć za brak współpracy z władzami oraz za współudział w morderstwie.
- Nie możesz! Nic nie zrobiłem! - wykrzyknął oburzony.
- Otóż to. - Bruce uśmiechnął się chytrze. - Nic nie zrobiłeś. Nawet by pomóc temu mężczyźnie - wskazał na zdjęcia - Więc radzę zacząć gadać, bo posiedzisz ładnych kilka lat za współudział.
Mężczyzna milczał chwilę, zastanawiając się nad jego słowami. W końcu westchnął ciężko i odezwał się:
- No dobra… to ten gość, co wyglądał jak glina - powiedział, patrząc w dół.
W tej właśnie chwili, wszystkie nadzieje Bruce’a ulotniły się bezpowrotnie.

- Jaki gość? Opisz mi go dokładnie. - powiedział, niemal proszącym tonem.
- No, tego… nie widziałem jego twarzy - przyznał - Ale wyglądał mi… i nie tylko mi - dodał po chwili - na gliniarza. To znaczy… - już chciał się poprawić, kiedy detektyw, po raz trzeci dziś, uniósł dłoń w górę, uciszając mężczyznę.
- I co dalej? Nie widziałeś twarzy. A co poza tym? Jakieś szczegóły?
- No… - zastanowił się chwilę - Miał broń. Taką jak… - zawiesił się, ale tym razem nie z powodu doboru słów, lecz wyraźnie zauważywszy jakiś ciekawy szczegół u pasa detektywa - Taką jak pan. - podjął po chwili.
Bruce’owi żołądek podszedł do gardła, jednak nie dał tego po sobie poznać. W końcu nie on jeden nosił taką broń. Identyczną mieli wszyscy pozostali pracownicy tej komendy. I nie tylko tej.
- Czy coś jeszcze?
- Hm… przez cały wieczór siedział jakoś z boku, przyglądając się jednej bandzie. Chyba coś świętowali… przynajmniej tak wyglądali. Pił jedno piwo za drugim, aż w końcu przerzucił się na coś mocniejszego.
- Mocniejszego?
- Chyba wódkę… tak to przynajmniej wyglądało.
- Rozumiem, że go obserwowałeś?
- Nie od razu, ale owszem - przytaknął.
- Co takiego przykuło Twoją uwagę? Czemu nagle Cię zainteresował?
- Miał broń identyczną do tej od gliniarzy - przypomniał - Niby starał się ją ukryć pod płaszczem, ale tak się narąbał… to znaczy, upił - poprawił się - Że najwyraźniej coraz mniej go obchodziło, czy ktoś ją zauważa czy nie.
“Zdumiewające, jak szybko w obecności policji, ludzie uczą się dobierania odpowiednich słów… “ - pomyślał, uśmiechając się przy tym lekko.
- I co było dalej?
- Dalej to… - zastanowił się chwilkę - Ta banda… Ci, co świętowali… czy coś tam… zaczęli składać jednemu z nich gratulacje. Wrócił z… więzienia, czy coś w ten deseń. Jak tylko to się zaczęło i wydało się za co siedział… ten glina - mówił dalej, najwyraźniej nie zważając już na właściwy dobór słów -  Wyraźnie widziałem, że się nieźle wkurzył. Siedział i patrzył na niego… tego co wyszedł z pierdla znaczy się… takim wzrokiem, jakby chciał go nim zabić. Wtedy już zauważyłem, co się święci.
- Mhm… - mruknął Bruce, coraz bardziej zdenerwowany. Wiedział do czego mężczyzna zmierza.
- I co zrobiłeś? - zapytał, ledwo panując nad roztrzęsionym głosem.
- Nic. A co miałbym zrobić? Facet wyglądał jak glina i miał do tego broń. Miałem raczej nikłe szanse.
- Więc nic nie zrobiłeś? Nie wpadłeś nawet na to, by zawiadomić o wszystkim policję?
- No… nie. - przyznał, speszony - Gościu sam był przecież gliną.
- Wiesz, że nawet my, gliniarze - posłużył się ich własnym słownictwem - Nie stoimy ponad prawem?
- No niby tak, no ale… Wiele razy już słyszałem opowieści o tym, jak to gliniarz wyszedł na wolność, bo miał znajomości wśród kumpli z policji. - powiedział, patrząc na detektywa z wyraźnym wyrzutem.
Bruce skrzywił się i mężczyzna wyraźnie to zauważył, bo uśmiechnął się lekko.
“Więc tak to widzą ludzie z zewnątrz…” - pomyślał smętnie.
- No i co dalej? Co się stało?
- No, tego… w sumie nic… a w każdym razie nie tak od razu. - zawiesił się na moment, po czym rzekł: - Czekał, aż ludzie się ulotnią, chyba.
- Chyba? Jak to chyba?
- No, tego… siedział, patrzył tym swoim morderczym spojrzeniem na tamtego gościa i czekał. Było coś przed dziewiątą. Ludzi w barze coraz mniej… Sam nie wiem, co nimi kierowało, żeby w piątkowy wieczór uciekać tak wcześnie do domu. - przyznał mężczyzna. - Może sami też wyczuwali kłopoty i woleli się ulotnić. W końcu kto by chciał siedzieć sam z nawalonym… - odkaszlnął teatralnie - wstawionym, gliniarzem.
- Na pewno ty, sądząc po tym, że, jak sam mówiłeś, wszystko widziałeś.
- Niby tak... ale mi to akurat było obojętne. Glina czy nie, sam byłem już… no wie detektyw… i chciałem zobaczyć jak to się wszystko skończy. Ot, taka głupia ciekawość.
- I jak się skończyło? - ponaglił Bruce, sam ciekawy zakończenia całej afery.
- No, tego…
- Dżizas! - wykrzyknął, unosząc oczy ku górze - Możesz zacząć zdanie inaczej niż od słów: “No, tego...”?
- A, tak, jasne. Więc… tego… - zaczął znów, jednak zdając sobie sprawę, że detektyw znów wzdycha ciężko, zrezygnowany, zmienił słownictwo: - Więc… kiedy prawie wszyscy już się ulotnili… prawie, no bo został ten gościu, facet - gliniarz, barman, no i ja. Kiedy reszta wyszła, ten glina podszedł do gościa… tego, co to świętował wolność… i wytargał go na zewnątrz, przed ten bar, grożąc mu przy tym bronią.
Mężczyzna zatrzymał się nagle i Bruce spojrzał na niego wyczekująco. Mijały sekundy… a może i minuty?... a mężczyzna milczał. W końcu detektyw nie wytrzymał i odezwał się:
- I?... No co było dalej?
- No… te… - zawahał się - ten glina - kontynuował, najwyraźniej w pośpiechu zamieniając słowo “ tego”, na “ten” - jak już wyprowadził faceta na zewnątrz, to stojąc tyłem do nas… do mnie - poprawił się - schował broń z powrotem do kabury i zaczął się wydzierać… to jest… zaczął wrzeszczeć… znaczy, tego…
- Oh, mniejsza już o to! - wykrzyknął podminowany detektyw - Co było dalej?!
Mężczyzna skinął tylko głową, najwyraźniej ucieszony, że nie musi już uważać na dobór słownictwa.
- Zaczął się drzeć, że nie pozwoli na to, by morderca Jego żony, chodził sobie bezkarnie po mieście. Że nie po to starał się dla niego o dłuższy wyrok, żeby teraz świętował sobie z kumplami swoją wolność… wszystko w porządku, detektywie? - zapytał, widząc coraz to bledszą twarz Bruce’a.
- I co dalej? - zrobił ręką gest, nakazujący mu mówić, nie odpowiadając na pytanie.
- No, tego… tamten mu coś tam odkrzyknął, poleciała cała kanonada wulgaryzmów…
- Jednak znasz normalne określenia? - zauważył z przekąsem detektyw.
Mężczyzna, niczym nie zrażony, mówił dalej, jakby nie usłyszał tonu głosu detektywa:
- A jak już skończyli się drzeć… - spojrzał na Bruce’a, jakby chcąc mu coś udowodnić - to glina walnął go tak, że tamten poleciał z niezłym hukiem na chodnik. Nawet się nie podniósł. Chyba był za bardzo… - znów spojrzał na detektywa - wstawiony, by w ogóle ogarnąć co się dzieje. No i leżał tam chwilę a jak nie wstał, to facet… ten glina znaczy… chyba sam nie bardzo umiał ustać na nogach, taki był nawa… no generalnie, specjalnie czy też nie, walnął prosto na tego gościa, co leżał. Chwila minęła i nic. Już zacząłem myśleć, że koniec przedstawienia, to sam wstałem z miejsca i chciałem sobie pójść, bo co tam po mnie? No ale gość się podniósł, ten glina znaczy, siadł sobie, dość chwiejnie, trzeba zauważyć, okrakiem na tym drugim, co leżał dalej jak placek i ani drgnął… I zaczął go okładać. Raz, drugi, trzeci… z dobrych dziesięć minut tam stałem a ten go okłada i okłada… aż w końcu chyba nie miał już sił, czy coś, bo stoczył się z gościa na bok… potem wstał, znów walnął na chodnik, leżał chwilę, potem znowu wstał. Ciekaw byłem co chce zrobić, to też poszedłem za nim, zostawiając tamtego, pobitego, tak jak leżał i poszedłem za gliniarzem. Skubany przeszedł ładnych kilka metrów. Dość się przy tym zataczał, rzecz jasna, więc chwilę to trwało. Na końcu ulicy był parking. Prawie się po drodze wy… no wie pan… ale doszedł do tego parkingu i wsiadł sobie spokojnie do auta… chyba jego to było, bo miał kluczyki, więc tego… no i siedzi tam chwilę, gada coś do siebie… myślałem, że całkiem porąbany, żeby tak wstawiony za kółko siadać, jeszcze glina… a ten sobie, jakby nigdy nic, zapala i odjeżdża. Ale, ohoho… nie odjechał biedak daleko. Ledwo jedno skrzyżowanie minął a jak rąbnął w tamten drugi samochód, to… o ludzie! Taki był huk, że myślałem, że obaj Ci kierowcy, on i ten drugi, już się z tego nie wyliżą. Nie wiem nawet co było dalej, bo jak tylko zobaczyłem, że glina wjechał w tego drugiego i to z takim efektem, to zmyłem się stamtąd, bo jeszcze i mnie w to wciągną. Poza tym, minąłem jedną ulicę tylko a jak się odwróciłem, to jedna karetka już stała i ładowała gliniarza do środka, a sygnał drugiej to umarłego by nawet obudził… detektywie?
Teraz dopiero zauważył, że twarz detektywa była od dłuższej chwili blada jak ściana… albo i gorzej. Nie wiedział nawet, czy ten nadal go słucha.
- Detektywie?... - podjął znów.

Bruce siedział zamroczony i słuchał opowieści mężczyzny. Teraz wszystko zaczynało się układać w jedną całość. Wstawiony funkcjonariusz z bronią w barze, wyraźnie się upijający. Powiązanie dawnego morderstwa Jego żony z zamordowaniem ofiary pobicia… Jego wypadek. To aż za dobrze tłumaczyło Jego amnezję i huk, który zapamiętał jako jedyny, spośród reszty wydarzeń tamtego wieczoru. Choć nijak nie chciał w to wierzyć, to on był mordercą mężczyzny ze zdjęć. Chyba, że… monitoring.
- Detektywie?! - dosłyszał w końcu wołanie przesłuchiwanego mężczyzny.
Potrząsnął energicznie głową, wracając do rzeczywistości.
- To wszystko, dziękuję - powiedział, zbierając w pośpiechu rzeczy ze stołu, po czym wstał gwałtownie i szybkim krokiem podszedł do drzwi. - Do czasu całkowitego zamknięcia śledztwa, zostaje pan z powrotem umieszczony w areszcie. - uprzedził, odwracając się ku mężczyźnie. Zauważył też jednocześnie wystraszony i zmieszany wzrok strażnika. - Jednakże, dziękuję Ci bardzo za współpracę. Oczywiście wspomnę przełożonemu, żeby wpisał Ci w, trzeba przyznać nieciekawe akta, współpracę przy sprawie, a to może Ci się kiedyś bardzo przydać.
Wychodząc, zauważył nikły, zadowolony uśmiech na twarzy podejrzanego. Oczywiście, wspomni przełożonemu również o nienagannej postawie dwójki pozostałych, nieważne w jakim stopniu pomogli. Choć tyle dobrego mógł zrobić, na zapowiadający się nieuchronnie, koniec swojej służby.
Nie zwracając uwagi na wpatrzonych w niego tajemniczo ludzi na korytarzu, szybkim krokiem ruszył do swojego gabinetu. Tam czekał już na niego brat z płytą w ręce.
- Chciałeś to masz - powiedział zrezygnowanym i smutnym głosem, podając Bruce’owi płytę.
Ten chwycił ją jeszcze w marszu i zaraz po okrążeniu biurka i opadnięciu na fotel, włożył płytę do stacji dysków z komputera i odpalił. Sekundy, w czasie których film się ładował, wydawały mu się długimi, zbyt długimi minutami. W końcu, gdy obraz pojawił się, wcisnął “play” i z bijącym coraz mocniej sercem, patrzył na nagranie.
Jak mówił mu wcześniej brat oraz jak zeznał ostatni podejrzany, według nagrania z kamery, mordercą mężczyzny, był właśnie on sam.
Patrząc pustym, zrezygnowanym już wzrokiem na ekran, na którym, widocznie upity i chwiejny, pobił śmiertelnie mężczyznę przed barem, sięgnął w dół po butelkę whisky i nie trudząc się nawet z sięgnięciem po szklankę, odkorkował ją i wypił na raz to, co w niej zostało, po czym puścił ją wolno, a ta spadła, z trzaskiem rozbijając się o deski podłogi i rozbryzgując się na wszystkie możliwe strony.
Błądząc szklanym spojrzeniem po pomieszczeniu, uchwycił smutny, załamany i współczujący wzrok młodszego brata, który siedział na brzegu biurka.
Wiele lat temu, walczył o to, by morderca Jego żony został zamknięty i nigdy już nie został wypuszczony na wolność, a teraz, o ironio! Sam został mordercą, na dodatek, mordercą, mordercy swojej żony.
Obecnie Strażnik Jedi
Była uczennica Mistrzyni Justine Helfire
------------------------
"Do or do not, there is no try."

Wróć do „Twórczość”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość