Maudit Journal

Miejsce na naszą twórczość wszelaką... i komentarze do niej ;)
Awatar użytkownika
Jaedus
Posty: 5
Rejestracja: 04.06.2018, 22:26

Maudit Journal

Postautor: Jaedus » 07.10.2018, 21:52

Proszę, nie czytajcie tego. Chcę to po prostu gdzieś zapisać. Albo czytajcie, jak chcecie. Ale lepiej nie.




Chyba powoli brakuje mi tlenu
Po Gnothi Seauton opanuj zdziwienie
Ta sama Sansara już nudnych obiegów
Zrozumiem wszystko. No po za istnieniem
Solipsyzm nie istnieje, ludzie, od wieków
Tylko od wtedy gdym stał się człowiekiem.
Nie w planach, bo raczej miłuje w bezsensie
się. Wywyższamy nad dobro koneksje.
Niestety wszedłem, już w waszą percepcję.
Gdzie duchowe są katalepsje.
Gdzie spłycane są wszystkie refleksje.
Więcej już nie chce, nie chce, nie chce.
Chcecie prawdę bez Gnothi Seauton.
Bez znania siebie, prawda to nie wartość.
Nawet tego muru nie przeskoczymy, jak Berkeley.
Tak często się zmieniam, że musze się przedstawiać codziennie



Znowu mam Makyõ.
Urodzić się i zginąć.
Tylko tyle. To wszystko.
Przecież, żyje się tylko raz.
Nie. Żyje się tylko albo aż.
Dolina krzemu nas oddala,
tworząc surogat spajania
Pragnącym dobrobytu -bhaga

Mam Bompu i Zen Z
Bez niepokojenia,
wybierz znamienia, czy miecze,
Siejące znamienia.
Słowa poetów na "press; play",
wybierasz znaczenia.
To nie jest jak Nietzsche.
To "ukryty" poemat.

Musimy wejść do wyrwy z tłumu
Odejścia nią zauważy nikt, i
zobacz pauzy między innymi z ludu,
i kropki między tobą a nimi.
Nie uciekajmy przed śmiercią. Przed chwilą.
I tak musimy gdzieś wkrótce zginąć.
Muszę kończyć. Niknie Makyõ.



Nie Tat Tvam Asi,
A solus ipse.
Skoro nie istnieje "inne"
To gram pierwsze skrzypce?
Muszę po prostu trwać i
czekać czekać aż zginę.
By jak Huxley mieć
Nowy wspaniały świat
I po prostu chcieć.
Skoro nikt nie istnieje,
To czemu się przejmuje?
Czemu jestem naiwny?
Będę musiał teraz wyjść z siebie
I myśleć nad tym z trudem.
Inni istnieją. Bo ja to ktoś inny.


Kto dochodzi do prawdy łatwo?
Kto tak naprawdę jest prawdą?
Podróżnik do Damaszku
i pozostali z dwunastu?
A może Wisznu, i Indra?
A może Enki i Isztar?
A może nikt, bo go nie ma?
Liber al vel Legis, nie Anton LaVey
Znikł ten Graal bezbrzeżny. Mnie wabią dalej,
ich weta. Wiesz gdzie minie światło łaskę?
Tam gdzie łaskawi zapragną ciemności.
Nie ma światła bez mroku. Prawdy bez sprzeczności,
dobra bez zła, prawdy bez kłamstwa,
walki bez pokoju, konfliktu bez bractwa,
Sztuki bez brzydoty, mnie bez piękna,
Wady bez zalet, pechu bez szczęścia.

Rozumu bez uczuć.

To wszystko potrzebne, dla równowagi. Balansu.



Miałem nie przelewać już więcej emocji,
lecz rozpadam się jakbym był na pannocji.
Mam w swoich myślach chaos – dezynwoltura.
Nisko upadłem, jestem jak głos Adama Didura.
Mam oczy z tyłu głowy, i patrzę nimi w przeszłość.
Szkoda, że z przodu roztacza się jedynie ciemność.
Cel uświęca środki. Moje cele, są środkami.
Chowam się między tymi słowami.
Oni stworzyli wiary, by zasłaniać się Bogami.
Co mnie nie zabije to mnie wzmocni.
Paranoja. Wzmacnia mnie to, co mnie zabija.
Jestem jak Oxygen, gdy nie potrzebny, każdy mnie mija.
Jestem nikim. Nic co nieludzkie nie jest mi obce.
Słyszę szepty w głowie: “nie dasz rady tego zrobić chłopcze”.
Wiem, że mają rację. One zawsze mają rację
Jestem niezwykły w swej zwyczajności, jak Theophile Gauteir.
Nie osiągnę tyle co on, bo Romantyczny nie jestem.
Nie osiągnę tyle co on, bo on potrafi tworzyć poezję.
Każdy jest kowalem swego losu. Nie byłbym dobrym rzemieślnikiem.
Każdą dyskusję potrafię przerodzić w polemikę.
By uczyć się siebie potrzebowałbym Nihilisty.
To życie to stek bzdur, ale ja dostałem krwisty.
Mam zajrzeć w głąb siebie? Mam agorafobię.
Jak Krall Hanna chcę zdążyć przed Bogiem
Nie szukam panaceum, tylko paliatywu
Pan nikt. Nawet na siebie nie mam wpływu



Mam problemy z zaczynaniem tych wierszy i znajomości.
Jestem w aphelium wiary w swoje własne możliwości.
Jak z wiatrakami walczę z twórcami moich wielkich złości.
Zabierz tylko wszystko a nic nie będę chciał przez wieczności.
Z presją zerwałem. Została ekspresja. Taka ma wola.
Postanowiłem wrócić, stworzyłem represje. Ironia,
Że na koniec tej historii powstała depresja. W dłoniach
trzymam panaceum na me rany po podciętych skrzydłach.
Nie stosuje nie dlatego, że mi ta ambrozja zbrzydła.
Nie sięgam do skaleczenia, ja po skaleczenie sięgam.
Paranoja. Ten stan nirvany już zabrania mi przestać.
Nikt nie dzieli się ze mną, wiesz? Bo przez zero się nie dzieli.
Przepraszam tych, co we mnie wierzyli. Miałem się zmienić,
Nie wyszło jak zwykle. Co robię źle, proszę, powiedzcie mi?



Moje nic nie znaczące problemy ciągle takie same.
Jak mam malować uśmiech na mej twarzy ciągle dając plamę?
Dlaczego nicość mnie męczy znowu?
Czy będę żył wiecznie do zgonu?
Tyle pytań, pytania co chwilę
Niby ich tyle, a szczęście zgubiłem.
Nie byłbym piękny, nawet bez tej złości.
Kiedyś nie wiedziałem kim będę w przyszłości
Teraz nie wiem nawet kim jestem dziś



Czuję się, w tym tłumie inny, ale jesteśmy wszyscy tacy sami.
W każdym z nas jest piekło. Piekło jest nami.
Jestem młody. Zbyt świadomy. Moje uczucia na kartkach.
Wkrótce osiemnastka. Niby nic. Dodaj trzy szóstki, zrozumiesz to brzemię na barkach.
W moim wnętrzu. Nic. Jedynie smutku i tęsknoty walka.
Za czym? Nie wiem. Wiem, że będę długo tak trwał.
Niestety. Patrzę przez fioletowe okulary. Jak Lennona kalka.
Skończę jak on. Tylko ciszej. Wszyscy skończymy. Nie zaczynając nic.
Śmierć jest tylko początkiem. Czego? Nie wie jeszcze nikt.
Śmierć. To czym zaczyna się ranek, a czym kończy wieczór. O tyle jestem inny.
Wiele sztyletów pchają w moja stronę, cierpię. Myślałem, że jestem zwinny.
Lubię się porównywać do innych, jak widać. Lecz nie jestem lepszy od nich.
Słońce tańczy codzień dla mnie danse macabre. Nie możliwe, że dla mnie. Jestem szczery i skromny.
Nie przepadam za kołami, w siódmy kręgu czeka diabeł, Dante Alighieri.
Nie chcę zmiany, choć marzę, że coś się zmieni.
Nie wiem jak to skończyć. I ten wiersz, i Makyõ stan.
To pierwsze właśnie tak. To drugie, pewnie bez zmian.


Jestem ostatnio wewnętrznie pusty,
chociaż to dziwne, bo mam
wewnątrz wszystkie emocje. Znów wy
wsypujecie mi powody tam,
mimo to, coraz więcej miejsca
pustego. Choć stamtąd treść ta
pochodzi. Nie jest nicością.
Nawet nicość nie powstaje z niczego.
Chciałbym was poznać z wartością,
ale nie byłaby waszym dobrym kolegą.
Wolicie żyć "dzisiaj" nie bacząc
na jutro. Nie chcecie łaknąć
ni erzaca, z tego, co właściwe.
Ale nic już nie właściwe, gdy giniesz
wewnętrznie. Wiesz jak trudno
pisać coś z percepcją pustą.
Gdzie umrę, nie będziecie wiedzieć.
To przykre. Chcecie nie chcieć,
chętniej wegetować. Po prostu być
Ja to ktoś inny. Zawsze pośród nich,
bo będąc sam staję się tylko
tym, kim pozwala mi być umysł.
Relację tych światów się szybko
kończą. Bo między nami mury
są, jak Pink Floyd. Kim chcę być?
Możesz zapytać sobie Kennedys.
Wypełniam się oddając te słowa
bez miłości. Szukając śmierci
anioła. Nie mając klucza jak Rimbaud,
by zrozumieć go jak będę znikał,
bo przecież ich mową jest miłość,
tak mówiła nicość w "Makyõ".
Moją ciekawość zabrałem książkom,
i mam loty wysokie jak w Oslo.
Znam właściwą ścieżkę
Lecz nikt jej nie chcę
Po cóż mam doń wołać?
Jak od fałszywej nikt nie zdoła
odbić i pójść ze mną
razem przez piekło.
Czy muszę iść tamtą?
Czego oni tam pragną?
Może oni chcą szczęścia?
Nigdy nie będzie miało nadejścia.
To droga bez wyjścia – Utøya.
Droga ma drugie wyjście – utopia.
Łapią byka za rogi, nie wiedząc,
że nie mają zwierzęcia, a Molocha
Czy oni kiedyś się zmienią?
Życie to przejście po losach
innych, co mogą nie chcieć,
bo im już wszystko jest jedne
(Co ja w takim wieku mogę o tym wiedzieć?)
Przestanę udawać poetę
i wejdę z powrotem w szereg.



Czternaście lat bez miłości
To o piętnaście za dużo.
Z aphelium wiary w możliwości
się nie ruszam jak Foucault
z Panoptykonu. Bo moja wiara
we mnie, nie zmieni istoty
rzeczy. Po co mi jest bhaga,
jeśli pieśni nie chce? Miara
ludzkości, dzisiaj jest mała,
bo człowiekiem się nie jest,
człowiekiem się bywa.
Nawet w peryhelium nie zmienie
niczego, bo wytrwać
w egoizmie nie chciałbym
bo patrząc na innych gdzie każdy
będzie ode mnie ciekawszy.
Gdy umrę, a czekam i
na to, nie popatrzysz
na "wiersze" bo nie będziesz wiedzieć
że to już treny, pisane do siebie
Choć soliptyk, nie powinien baczyć
na cudze straty.
Lecz pewna linia mi każe
co chwila zmieniać zdanie.
Conicidentia oppositorum
Gdy zabijam bogów,
którymi się staję.
A oni przestają istnieć,
bo nie udowodnisz, że to nie zniknie
gdy odejdę, lub zginę.


Wśród soliptycznych pustyń umysłów w tłumach
Przechodzę, niby, po utopijnych gruzach.
Ich "ja" wzniesione, jak utopie w śnie głupca.
Umorusani chęcią lepszego jutra.
Chcą idealność. Byty niematerialne.
Jaskinie ich umysłów. Życia fraktalne.
Chcą mieć paliatyw. Zamiast mieć panaceum.
Władza i sława, to teraz plaga celów.
Mylą Katharsis z Szoah i nadal wierzą.
Rochefoucauld mówił o miłości prawdę,
Masy uznawać będą ją za najlepszą
wartość. Budują mury jak Jaspers, Sartre.
Do nieba windą chcą dotrzeć niby Lance Stroll.
A mury runą, runą, już wkrótce. Amen.
Wszystko daliby za szczęście i za wieczność.
Przełożą Oksford, by wróg ich nie miał racji.
Nie przyznają się do błędu, pchać to dalej
będą, bo chcą by nie poszła na marne
bezwartościowa praca ich wegetacji,
Tako rzecze tłum, a większość woli masę
bo jednak łatwiej, wierzyć że ma rację
Podążać razem do zguby, będzie raźniej
gdy zima przyjdzie, gdy oni śnią o wiośnie.
Niepoznaka. Dam się wyprzedzić bo... łatwiej
wtedy zaskoczyć innych. Jestem jak gradient,
bo ciągle zmianę, poglądów mych mam. Nawet
krzyczę do nich, by szukali jak Szaweł.
W ich Tarsie, nie ma już głębi ale
zamiast gonić ślad, wolą od razu prawdę.
Tak bardzo pusto. Wolą oddać zabawę.
Oddają inteligibilne działanie
Za rozkosze, zabawy, lotne, nietrwałe.
Jestem deltą marzącą o byciu alfą
Przechodząc wśród głupich, czarnych epsilonów.
Deltą nadal marzącą o byciu szarą,
Za zieleń oddałbym wszystkie z moich plonów
podwiędłych. Będę stał koło tych co trwają.
Jak John, chcę Boga, grzechu, poezji cnoty.
Łamię ich słowa jak monachijskie groby.
Z ås-aki schodzę gradus perfectionis
Wśród kruków - Odyn. Choć nie godne me kroki
stopni. Presupozycją mych słów istnienie.
Moje istnienie. W które dalej nie wierzę.
Ignoratio elenchi, nie pojmę siebie.
Tego drugiego siebie, co siedzi we mnie
co wciąż każe mi zmieniać zdanie i wiersze.
Ja to ktoś inny

Wróć do „Twórczość”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości